Wiara w siebie. Dlaczego tak trudno nam wierzyć w siebie? Czym jest i jak z odwagą sięgać po to metafizyczne placebo?

Niebawem do Polski zawita ze swoim wystąpieniem Nick Vujcic. To świetny mówca cierpiący na rzadką chorobę: fokomelię - urodził się bez kończyn. Kiedy jakiś czas temu czytałam jego książkę "Bez nóg, bez rąk, bez ograniczeń" wydawało mi się, że ona właśnie o tym jest - o niesamowitej, niepatrzącej zbyt długo na dołki i realne przeszkody oraz na przekór bliskim i ich obawom: jednym słowem o wierze w siebie. Ilu z nas nie ma nawet w planach napisania książki, a człowiek bez dłoni i palców, opanowujących klawiaturę, pisze z sukcesem. Jeszcze jako zupełnie młody człowiek, któremu ojciec pomaga zamontować niskie urządzenie prysznicowe, by mógł funkcjonować samodzielnie marzy o zawodzie coacha, ulubieńca tłumów. I wbrew rodzicom, którzy widzieli go w bezpiecznej pracy księgowego, wbrew bratu, który zawoził go na pierwsze wykłady w pustych salach, gromadzi tłumy, podróżuje, dodaje otuchy najciężej chorym i doświadczonym przez biedę i los. Młody potomek emigrantów z Jugosławii w Australii, jak powiedział tak zrobił. Tak, mu się krok po kroku ziściło w życiu. Także w osobistym: przepowiedział sobie zdrową i piękną kobietę. Zdrowe dziecko. Kiedy czyta się takie historie życia jak Nicka rodzi się niejedno pytanie w głowie. Jak to w ogóle możliwe? Jak utrzymać w sobie poczucie niezmąconej wiary w siebie przy niepowodzeniach, dotkliwych zakrętach losu? Jak zamknąć oczy na ściągające energię w dół doświadczenia a otwierać je naprawdę szeroko i koncentrować wysiłki na wierze w najlepszy sen-marzenie dla siebie?

Wiara, że coś lepszego jest mi pisane ratuje w czarnych chwilach. Nadzieja, otucha, poruszenie z byciem dobrej myśli pozwala utrzymywać się w dobrym, stabilnym nastroju. Kiedy tego brakuje umysł i ciało samo zaczyna się upominać, że jest mu źle, że się męczy. Niby to wszystko takie oczywiste i wynikające z siebie, a dosyć mało poświęcamy czasu na celebrowanie bycia w kontakcie z własnym poczuciem wartości.

Co to właściwie znaczy wierzyć w siebie? Jeśli ktoś w nas uwierzył pierwszy, sprawa jest prosta. Ktoś z zewnątrz, ważny dla nas z określonych powodów zasiał poczucie pewności, że jest się w czymś naprawdę dobrym, wzbudził odpowiednią dawkę pozytywnych emocji i sensu życia, którego nie odbiorą chwilowe wywrotki i brak wiatru w żaglach. Od dziecka uwewnętrzniamy obraz siebie, a opinia otoczenia jest ważna, zwłaszcza w kontekście rozwoju wiary w siebie w adolescencji. Łatwiej wierzyć w siebie, znając głaski i pochwały. Na własne uszy. Niestety nasza kultura mocno narzekająca, wymagająca i rywalizująca sprawia, że w rodzinach uważa się na komplementy i dobre słowa, w paradnej obawie, że się dziecko rozpuści i popsuje. Gorzej często rodzina przyjmuje narracje, w których za niedościgłe wzory podawani są inni, komplementy, pochwały i zachwyty zbierają inni, swoich się krytykuje. Na szczęście nie jest ona czymś czego nie można w sobie wyrobić.

Często mówi się, że jesteś tym, co jesz, ale i tym, co myślisz i jak myślisz o sobie. Potęga naszych myśli przewyższa jakąkolwiek tabletkę. Traktowanie siebie jak najbliższego (czy może nam być bliższy ktokolwiek inny? kto jeszcze ma taki dostęp do naszego życia emocjonalnego jak my sami?) człowieka z zasobami należy się nam w stopniu łagodzącym trudy istnienia?

Joanna Czuba
Autor: Joanna Czuba
Psycholog i psychoterapeuta, w trakcie procesu certyfikacji, w nurcie psychodynamicznym i systemowym. Pracuje w Centrum Psychoterapii DDA Sudolska 16